Menu Zamknij

Konferencja Cool Stars 20 – Boston 2018

Wywiało mnie na konferencję o chłodnych gwiazdach. W tym miejscu zamieszczam moje notatki oraz zdjęcia z wyjazdu. Będzie o mojej podróży, grillu w MIT, dobrym piwie w Bostonie oraz o samej konferencji. Może komuś przydadzą się uwagi z pobytu w Stanach. Niecierpliwi mogą wybrać z listy poniżej, by skoczyć do części, która ich interesuje najbardziej. Konferencja miała miejsce na Uniwersytecie Bostońskim między 28 lipca a 5 sierpnia 2018.


PODRÓŻ

Na konferencję jadę z plakatem prezentującym część moich najnowszych badań. Oprócz tego, w podróż biorę mojego niezastąpionego ASUSa (dzięki!) oraz obowiązkowo Canona do dokumentowania wyprawy. Iberia Express nie robi problemów z dwoma małymi bagażami podręcznymi w postaci torby na laptopa + torby na aparat. Nie byłem pewny reakcji na długą tubę plakatową, więc poster jest wąski (70 cm) i wpakowany do walizki podróżnej, tj. bagażu nadawanego.

To była nieprzespana noc, podobnie jak dwie poprzednie. Chyba nie tylko ja byłem śpiący na lotnisku. Jakiś Chińczyk, po 40 minutach stania w jedynej istniejącej kolejce do check-inów spytał, czy odprawią go na lot na Ukrainę. Nope, kolego, to jest lot do Madrytu. Nie, na pewno się tu nie odprawisz. Tak, jestem pewien. Tak, musisz poczekać na swój lot. Tak, będzie inna kolejka. Inna, tak. Nie, teraz nie ma innej, bo to jest Kraków i nie ma wielu lotów o 4:00 rano. Po kwadransie odpuścił. Będąc już w samolocie założyłem stopery do uszu i odpłynąłem na dwie godziny. Wylot z Krakowa nastąpił z godzinnym opóźnieniem tuż po 4:40.

Lotnisko w Madrycie jest OK. Dojście do terminala T4(s) zajmuje około 20 minut i wymaga przejazdu kolejką lotniskową. Sam terminal jest niewielki, ale znajduje się na nim niemal wszystko, czego potrzebuje przesiadkowicz. Jest sklep z elektroniką, można znaleźć przejściówkę dla wtyczki do kontaktów w Stanach (11€), jeśli ktoś, ekhm, zapomni. Jest parę małych restauracyjek z fikuśnymi, zdrowymi kanapkami w cenie 9€, jest Burger King (cały zestaw z dużym Bacon&Cheese za 9€) oraz są też standardowe sklepy wolnocłowe z psikadełkami. Darmowe WiFi działa bardzo dobrze (AENA, wymaga rejestracji maila).

Madrid Deep Space Communications Complex

Przesiadka w Madrycie zajęła  kilka godzin, po czym znów byłem w powietrzu, tym razem na dziewięć godzin lotu. Zarówno przed wylądowaniem, jak i po starcie porobiłem trochę zdjęć okolic Madrytu z wysokości. Jedno z ciekawszych to zdjęcie obok. Widać na nim stację łącznościową Madrid Deep Space Communications Complex, czyli jedną z trzech placówek na świecie wykorzystywanych przez NASA do łączności z satelitami i sondami podróżującymi po Układzie Słonecznym. Te białe budynki to radioteleskopy, większość o rozmiarze 34 metrów średnicy. Czasza największego radioteleskopu ma 70 metrów średnicy. Służył on w komunikacji z, na przykład, sondami misji Mariner, odbierał sygnały z Obserwatorów Orbitalnych Spitzer i Kepler, a teraz aktywnie bierze udział w, między innymi, sczytywaniu danych z Teleskopu Orbitalnego TESS, dzięki któremu zbadanych będzie przeszło milion gwiazd. W przyszłości będzie łączyć się z Kosmicznym Teleskopem Jamesa Webba. Stacja leży tuż pod Madrytem, nieco na zachód od miasta. Pozostałe dwie stacje znajdują się w USA oraz w Australii.

Przy okazji Większość lotu starałem się przespać, więc kolejne zdjęcia są dopiero znad wschodniego wybrzeża USA. Stany przywitały mnie fantastycznym widokiem setek żaglówek pływających po wodach nieopodal miasteczka Marblehead, 20 km od Bostonu. Linia wybrzeża strzeżona jest przez wiele drobnych wysepek, na które można dopłynąć kursem turystycznym lub na własną rękę. W miarę zbliżania się do lotniska Logan International, widać było coraz więcej statków i motorówek.

Samo lotnisko jest spore, ale dobrze przygotowane na przyjęcie dużej ilości ludzi. Terminal międzynarodowy wyposażony jest w automatyczne stacje przygotowujące wydruk z deklaracjami, co się wwozi i w jakiej ilości. Z tym wydrukiem jest się skierowanym do stanowiska z żywym, prawdziwym człowiekiem, który rutynowo zadaje pytania: „skąd jesteś? Po co tu przyjechałeś? Jak zarabiasz na życie?” itp. Cały proces, od wylądowania aż po odebranie bagażu wziął mniej niż pół godziny.

Jachty w Marblehead, nieopodal Bostonu
Podziemna pętla tramwajowa Green Line przy Park Street
Boston, Commonwealth Avenue
Z lotniska można dostać się do miasta za darmo autobusami Silver Line. Autobusy doprowadzają do głównego węzła przesiadkowego, South Station. Metro w Bostonie działa na zasadzie jeden bilet – jedno wejście do systemu komunikacji. Innymi słowy, o ile się nie wyjdzie za bramki na miasto, można jeździć wszystkimi liniami na jednym bilecie. To znaczy, że po wyjściu z Silver Line w South Station można za darmo kontynuować podróż dowolną inna linią. Jesli jednak się będzie chciało wyjść na miasto i wrócić do systemu metra, trzeba będzie kupić bilet. Automaty są przy każdym wejściu. Taki „jednoprzejazdowy” bilet kosztuje $2.75. Co ciekawe, na różnych liniach jeżdżą różne tabory. I tak, Silver Line jest metrobusem, Red Line jest obsługiwane przez typowe ciężkie metro, a Green Line to tramwaje (w większości wysokopodłogowe). Ja miałem jeszcze okazję przejechania się autokarami zastępczymi, bo w miejscu, w które chciałem się dostać, trwają roboty drogowe i metro jest tam wyłączone z użytku. Plus jest taki, że autokary są za darmo.

Celem mojej podróży były akademiki Boston University przy Buick Street, która jest przecznicą Commonwealth Avenue. Uniwersytet Bostoński posiada jeden, bardzo długi kampus, który ciągnie się wzdłuż rzeczonej Commonwealth Ave. Wzdłuż niej, naprzeciwko uniwersytetu znajdują się sklepy typu Target, 7-Eleven, CVS, czy punkt odbioru Amazon. Jak widać na zdjęciu wyżej, w Bostonie funkcjonuje system wypożyczania rowerów. Te ze zdjęcia należą do BlueBikes i kosztują $10 na dobę lub $20 na miesiąc. W pierwszej opcji można używać rower ile się chce razy, ale jednorazowe wypożyczenie musi być krótsze niż dwie godziny. W drugiej opcji jest podobnie, ale jednorazowe wypożyczenie nie może być dłuższe niż 45 minut.

Do akademika dostałem się około 17:00, czyli po 21 godzinach podróży. Prysznic, wypakować się, zakupy i spać. Popełniłem błąd podczas zakupów, bo kupiłem galon (3.8 litra) wody w 7-Eleven przepłacając niemal trzykrotnie. W Targecie (drzwi obok!) galon wody kosztuje około dolara. Nie ufam tutejszej kranówie. Teraz nadszedł czas na odpoczynek po podróży.

Akademik Boston University

KONFERENCJA

Cool Stars 20 jest kolejną z serii konferencją poświęconą chłodnym gwiazdom. Chłodnym, czyli tak do Słońca włącznie. Przeważającym tematem są gwiazdy małomasywne, czyli chłodne karły (tak, nasze Słońce jest zaliczane do gwiazd „karłów”), ale zdarzają się też wykłady o czerwonych olbrzymach, a coraz częściej mówi się tu też o brązowych karłach. te ostatnie to nie do końca gwiazdy. Są to wręcz obiekty, które aspirowały do bycia gwiazdą, ale im nie wyszło i teraz tułają się po diagramach pomiędzy gwiazdami a planetami. Na konferencji był cały panel poświęcony brązowym karłom i zagwozdce, czy istnieje płynne przejście między planetami i brązowymi karłami, czy może te dwa rodzaje ciał niebieskich są czymś kompletnie różnym. W skrócie: chyba istnieje, ale trzeba więcej danych (co przekłada się na odpowiedź: dajcie mi jeszcze dwa lata do pracy i potem zapytajcie raz jeszcze, standardowo).

Wykład wprowadzający do misji TESS: początek konferencji

Konferencja przyciągnęła rekordową liczbę 500 astronomów z całego świata. Obserwatorzy, modelarze, teoretycy, gwiazdorzy, karlarze, planetkowcy i słoneczniki. Jednym z tematów, które przewijały się niezależnie od pochodzenia astronoma był fakt, że niektóre gwiazdy są za duże. Jak się okazuje, jedne z najmniejszych „normalnych” gwiazd jakie istnieją, czerwone karły, mają, przeciętnie, 10% większą średnicę, niż wynikałoby to z modeli teoretycznych. Nie ma jednego, najlepszego pomysłu, dlaczego tak się dzieje, ale są poszlaki obwiniające za taki stan rzeczy aktywność magnetyczną. Modele przeważnie nie uwzględniają wpływu pól magnetycznych na rozmiar gwiazdy, więc to może być to. Klasycznie, trzeba więcej badań.

Innym popularnym wątkiem były obserwacje i modelowanie granul gwiazdowych oraz ich wpływ na pomiary prędkości radialnych gwiazd. Temat jest dość interesujący, bowiem posiadamy już instrumenty zdolne do badania tak drobnych przesunięć widma promieniowania. W telegraficznym skrócie opiera się to na tym, że w gwiazdach chłodnych najbardziej zewnętrzną warstwą jest płaszcz konwektywny, który bulgoce jak kipiąca grochówka. 

Granulacje na Słońcu

Taki stan rzeczy pociąga za sobą ciekawe konsekwencje. W miarę jak bąbelek gorącej plazmy wypływa na powierzchnię plazmy, obserwator widzi, że materia bąbelka przesuwa się w jego kierunku, a to, z efektu Dopplera, przesuwa jej światło odrobinę w stronę promieniowania bardziej energetycznego. To z kolei powoduje, że obraz jest nieco bardziej niebieski. Efekt jest jest absurdalnie mały i kompletnie zaniedbywalny dla gołego oka, ale jest jak najbardziej detektowalny przez superczułe instrumenty, jakimi się posługujemy w dzisiejszych czasach. Oczywiście plazma po ochłodzeniu na powierzchni gwiazdy zaczyna powoli opadać do wnętrza gwiazdy, co skutkuje nieznacznym przesunięciem dopplerowskim jej światła ku czerwieni. Sumarycznie, co ważne, dominujący na przesunięcia dopplerowskie jest ten pierwszy ruch, ku powierzchni. Na Słońcu odpowiada to przeciętnemu poniebieszczeniu o około 1 m/s. Co ciekawe, obecność plam gwiazdowych tłumi ruchy konwekcyjne i, co za tym idzie, zmniejsza rzeczony efekt przesunięcia ku niebieskiemu. Przez chwilę zastanawiałem się, jak by kombinacja tych efektów wyglądała w przypadku moich gwiazd, które mają potężne plamy oraz bardzo silne pola magnetyczne oraz konwektywną otoczkę. Po chwili jednak sobie uświadomiłem, że przecież te gwiazdy rotują z prędkością powierzchniową rzędu 200 km/s, więc metr na sekundę w tę czy w tę będzie kompletnie nie do zaobserwowania.

Konferencja w ogólności przebiegła dość spokojnie i bez ekscesów. Policja nikogo nie zgarnęła, choć się kręcili na przerwach kawowych i kontrolowali, czy nie dostajemy za dużo alkoholu. Brzmi to kuriozalnie, ale takie mają przepisy w Massachusetts, że uniwersytet nie może rozdawać więcej niż dwa darmowe drinki na osobę podczas jednego wydarzenia jednego dnia. Faktycznie mieliśmy policję na przerwach kawowych. Tacy jesteśmy astronomowie poza kontrolą. Myślałby kto.

Cool Stars 20 zakończyła się dla mnie kilkoma nowymi kontaktami, wymianą wizytówek i notatnikiem zapisanym pomysłami, co zrobić z moimi gwiazdami. Pierwsze, co czeka w kolejce do wykonania, to sprawdzenie, czy moje gwiazdy też wykazują większe spuchnięcie w miarę jak występuje w nich większa aktywność magnetyczna. Zobaczy się. W tej chwili uruchamiam nowe kontakty w celu uzyskania czasu obserwacyjnego na teleskopach ze spektrografem, żeby przestudiować mój układ KR00073, w którym plamy gwiazdowe regularnie przesuwają się po powierzchni gwiazd.

ZWIEDZANIE BOSTONU

Przełom lipca i sierpnia był bardzo trudnym czasem na jakiekolwiek zwiedzanie w Bostonie. Temperatura wahająca się między 32 a 36 stopni oraz wilgotność rzędu 99% były zabójczą kombinacją. Niemniej, ponieważ był to mój pierwszy raz w tym miejscu, zebrałem się kilka razy poza kampus Boston University. Od razu mówię, że musiałem nachodzić się za pocztówkami, a znaczki sprzedają tam tylko na poczcie. Kartki wysłałem wszystkim mnie śledzącym :). Powinny dojść do Polski w połowie sierpnia!

Przewodniki po Bostonie proponują kilka „obowiązkowych” wycieczek. Jedną z nich jest Duck Tour, w którym jeździ i pływa się po mieście amfibią, a wodzirej nakłania pasażerów do kwakania na siebie wzajemnie oraz na przechodniów. Podobno fajne. Inną wycieczką jest Freedom Trail Walking, która jest pieszą wędrówką po zabytkach i znanych miejscach centrum Bostonu. Jest to o tyle dobre, że Freedom Trail jest zaznaczony na chodniku i można podążać od punktu do punktu jak po sznurku. Ja jednak nie jestem typem człowieka kwaczącego a chodzenie z przewodnikiem i dużą grupą ludzi przejadło mi się ładne kilka lat temu, więc zdecydowałem się zebrać z miejscowym astronomem oraz mają grupką chętnych na zwiedzanie alternatywne. Czyli najlepsze jakie może być.
Hopsters przy Sleeper Street. Piwa warzone na miejscu. Mediana $9.
Zebraliśmy się w sześć osób celem odwiedzenia jakichś polecanych i wartościowych miejsc. Najbardziej wartościowymi były: Pub przy Stadionie, browar przy dokach oraz pub przy waterfroncie. Wieżowce, zabytki i znane miejsca ułożyły się szczęśliwie po drodze (nie żeby ktoś odpowiednio przygotował wcześniej mapę). Wyjście było w towarzystwie cenionych kolegów po fachu, których kariery były w kwiecie wieku, burzliwe oraz odpowiednio długo leżakowane. Nasze gaworzenie przy piwie spotkanie niemalbiznesowe zaowocowało nie tylko w konstruktywne komentarze odnośnie naszych prac, ale też w historie z pierwszych Cool Stars. Było coś z wynajmowanych zamków, tańczeniu na stołach i licytacji najfajniejszych chłodnych gwiazd roku (the coolest cool star of the year). Dwudzieste Cool Stars było bardzo spokojne w porównaniu z tym, co się, najwyraźniej, działo w przeszłości.
Jeśli ktoś będzie szukał miejsca do zjedzenia czegoś oraz popicia piwem, z czystym sercem polecam browar Boston Beer Works przy Brooklyn Ave. trzeba tylko sprawdzić, czy Red Sox nie mają akurat meczu, bo pub będzie zapchany po brzegi, jako że znajduje się on tuż obok stadionu Fenway. Boston chyba nie ma czym się pochwalić, jesli chodzi o typowe jedzenie (jak Cheesestake w Filadelfii czy obwarzanek w Krakowie), ale warto spróbować chociaż raz prostej potrawy, jaką jest Clam Chowder. To coś jak gęsta zupa rybna skrzyżowana z przecierem z małży gotowana na mleku. Bardzo OK. Oprócz tego można spróbować homara, ale to w jakiejś dedykowanej homarowni (chociaż $29 za przeciętnego homara na obiad to trochę sporo – dzięki za info, Patryk). Wiadomo, Ameryka, więc hamburger lub chińszczyzna zawsze będą dobrym wyborem w swoim przedziale cenowym.

Innymi odwiedzonymi miejscami było, między innymi, browar Hopsters przy Sleeper Street (nieopodal muzeum Boston Tea Party), który polecam oraz browar Harpoon przy Northern Ave (doki), którego nie polecam, bo głośno. The Whiskey Priest przy Seaport Street (w porcie) serwuje piwo w plastikowych kubkach, co chyba wystarczy za recenzję.

ZWIEDZANIE BOSTONU i CAMBRIDGE

Kolejne dwa wyjścia poza kampus były związane z obiadem konferencyjnym na dachu Prudentiala oraz z grillem na zakończenie konferencji, który miał miejsce na terenie Massachusetts Institute of Technology. Obiad konferencyjny był w restauracji na 50. piętrze, więc był tez dobrą okazją do wykonania kilku zdjęć. Tak się fajnie złożyło, że akurat trwał mecz lokalnej drużyny baseballowej, Red Sox, z przyjezdnymi New York Yankees. Udało się ściągnąć stadion na kitowym obiektywie, który akurat miałem przymocowany do Canona. Z obiadu wróciłem piechotą około północy, ale Boston nie śpi, więc ludzi było pełno. Fotki są poniżej. 

Grill miał miejsce na drugim brzegu Charles River, więc technicznie rzecz biorąc, było to w Cambridge, a nie w Bostonie. Swoją drogą, jestem pełen podziwu, jak Amerykanie potrafią wszystko serwować na słodko. Szarpana wieprzowina w słodkim sobie BBQ była całkiem dobra, ale do popicia był landrynkowo-słodki poncz, a na deser było słodkie ciasto biszkoptowe. Warzywa w sałatce uchroniły się od cukru, ale były zatopione w sosie serowym. Wszystko musiało mieć bardzo, bardzo wyrazisty smak, inaczej nie pojawiłoby się w menu. Czas gonił, bo wieczorem musiałem już być na lotnisku, więc po grillu zwiedzanie było raczej szybkie. Korzystając z okazji, po grillu wpadłem do Muzeum MIT ($5 za bilet studencki – tak, załapałem się!) oraz na chwilę odwiedziłem Harvard. 

Panorama Bostonu widziana z Cambridge
Co mnie uderzyło w Cambridge, to fakt, że dzielnice są od siebie naprawdę różne. Okolice MIT są niesamowicie czyste, zero śmieci, nawet papierka. Za to Harvard Square i okolice Harvardu w ogóle są pełne bezdomnych i mocno zaśmiecone. Sam Harvard oczywiście czysty, żeby nie było. Jeśli zaś chodzi o obłożenie turystami, to w Harvardzie masa pojedynczych zwiedzających, a w MIT same wycieczki zorganizowane z Chińczykami.

ZAKOŃCZENIE

Podróż powrotna do Krakowa odbyła się z międzylądowaniem w Heathrow. Następnym razem będę omijał to lotnisko w przypadku dłuższych przesiadek. Tam nie ma co robić, nie ma gdzie usiąść i nie ma co zjeść w normalnej cenie i w spokoju. Z radością wylądowałem w Balicach po długiej podróży i wyczerpującym poprzedzającym ją dniu. Tuż po przylocie spełniło się moje marzenie, jakie miałem od paru dni: w domu czekał na mnie schabowy z młodymi ziemniaczkami i mizeria. Hamburgery i chińszczyzna są OK, ale, no, są granice.

Cool Stars 20 było bardzo fajnym i owocnym wydarzeniem. Cool Stars 21 będzie miało miejsce w Tuluzie w 2020 roku. Coś czuję, że będę się starał tam wybrać.

Kolejna konferencja w kalendarzu to zjazd Międzynarodowej Unii Astronomicznej we Wiedniu. Wyjazd w połowie sierpnia. Jadę tam raczej aby się rozluźnić :). Jak zwykle, będę wysyłał pocztówki. Z wiadomych względów pierwszeństwo mają przyjaciele i osoby mnie wspierające na Patronite. A może ktoś przebywa w Wiedniu na stałe i ma ochotę pooprowadzać kilku astronomów? Do zobaczenia w Austrii!

Podróże

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *